Materia i pamięć - Bergson Henri - książka
Producent: vis-a-vis Etiuda
Wyobrażać sobie nie znaczy pamiętać. Zapewne wspomnienie, w miarę jak się aktualizuje, dąży do życia w obrazie; odwrotność tego jednak nie jest prawdą, a obraz sam przez się nie przeniesie mnie w przeszłość, chyba że w istocie sam się w nią cofnąłem po niego, śledząc w ten sposób ciągły przebieg, który go wyprowadził z ciemności na światło. O tym właśnie psychologowie zbyt często zapominają, gdy wnioskują z faktu, że czucie przypomniane staje się bardziej aktualne, im bardziej się w nie zagłębiamy, że wspomnienie czucia było tym czuciem rodzącym się. Fakt, który przytaczają, jest niewątpliwie dokładny. Im większy czynię wysiłek, ażeby przypomnieć sobie przeszły ból, tym bardziej dążę do doświadczenia go w rzeczywistości. Ale to jest łatwo zrozumiałe, albowiem przebieg wspomnienia polega właśnie, jak to już mówiliśmy, na materializowaniu się. Chodzi o to, czy wspomnienie bólu było naprawdę pierwiastkowo bólem. Stąd, że człowiek zahipnotyzowany czuje w końcu ciepło, gdy mu powtarzamy z naciskiem, że mu jest ciepło, nie wynika wcale, ażeby słowa sugestii już były ciepłe. Stąd, że wspomnienie czucia przedłuża się w to samo czucie, nie mamy większego prawa do wnioskowania, żeby wspomnienie było rodzącym się czuciem; może w istocie to wspomnienie odgrywa właśnie, w stosunku do czucia mającego się począć, rolę magnetyzera, który sugestionuje. Rozumowanie, które krytykujemy, przedstawione w tej formie, jest więc pozbawione siły dowodu, nie jest jeszcze wadliwe, ponieważ korzysta z tej niezaprzeczonej prawdy, że wspomnienie przekształca się, w miarę jak się aktualizuje. Ale niedorzeczność wystrzela skoro rozumujemy, idąc w kierunku przeciwnym, wszelako jednakowo uprawnionym ze stanowiska przyjętego założenia, to jest gdy zmniejszamy natężenie czucia zamiast zwiększać natężenie czystego wspomnienia. Istotnie zdarzać by się musiało wtedy, jeżeliby te dwa stany różniły się od siebie tylko stopniem, że w pewnej chwili czucie przemieniałoby się na wspomnienie. Jeżeli na przykład wspomnienie wielkiego bólu jest tylko słabym bólem, to odwrotnie, ból silny, który odczuwam, zmniejszając się, stałby się w końcu tylko przypomnieniem dużego bólu. Otóż niewątpliwie przychodzi chwila, kiedy nie mogę bynajmniej orzec, czy to, co odczuwam, jest słabym czuciem, którego doświadczam, czy też słabym czuciem, które sobie wyobrażam (i to jest naturalne, skoro wspomnienie-obraz uczestniczy już w czuciu), ale nigdy ten stan słaby nie ukaże mi się jako wspomnienie stanu mocnego. Wspomnienie jest więc czymś zupełnie innym. Złudzenie jednak, które polega na tym, że między wspomnieniem a postrzeżeniem przyjmujemy tylko różnicę stopnia, jest czymś więcej niż prostym następstwem asocjacjonizmu, więcej niż wydarzeniem w historii filozofii. Zakorzenione jest głęboko. Polega ono, koniec końców, na błędnym pojmowaniu istoty i przedmiotu postrzeżenia zewnętrznego. W postrzeżeniu widzi się tylko informację zwracającą się do czystego ducha i o znaczeniu czysto spekulatywnym. Ponieważ samo wspomnienie z istoty swej jest poznaniem tego rodzaju, skoro nie posiada już przedmiotu, przeto między postrzeżeniem a wspomnieniem możemy znaleźć tylko różnicę stopnia, albowiem postrzeżenie wypiera wspomnienie i tworzy w ten sposób naszą teraźniejszość, po prostu na zasadzie prawa silniejszego. Ale zupełnie inna różnica, nie różnica stopnia, zachodzi między teraźniejszością a przeszłością. Moja teraźniejszość jest tym, co mnie obchodzi, co żyje dla mnie i, ażeby wszystko wypowiedzieć, co mnie pobudza do czynu, gdy tymczasem moja przeszłość jest zasadniczo bezsilną. Zastanówmy się nad tym dokładniej. Lepiej zrozumiemy naturę tego, co nazywamy „czystym wspomnieniem”, gdy je przeciwstawimy postrzeżeniu obecnemu. Istotnie na próżno szukalibyśmy charakterystyki wspomnienia stanu przeszłego, gdybyśmy nie zaczęli od określenia przyjętego przez świadomość znamienia konkretnego rzeczywistości obecnej. Czymże jest dla mnie chwila obecna? Właściwością czasu jest upływać; czas, który upłynął, jest przeszłością; chwilę, w której upływa, nazywamy teraźniejszością. Ale nie może tu być mowy o momencie matematycznym. Bez wątpienia istnieje teraźniejszość idealna, w czystym pojęciu, niepodzielna granica, która oddzielałaby przeszłość od przyszłości. Ale teraźniejszość rzeczywista, konkretna, przeżywana, o której mówię, mówiąc o moim postrzeżeniu obecnym, ta z konieczności zajmuje pewne trwanie. Gdzież zatem mieści się to trwanie? Czy z tej, czy z tamtej strony punktu matematycznego, który określam idealnie, gdy myślę o chwili obecnej? Jest aż nadto oczywistym, że zarówno z tej, jak i z tamtej strony, i że to, co nazywam „moją teraźniejszością”, wkracza zarazem i w moją przeszłość, ponieważ „chwila, w której mówię, jest już daleką ode mnie”; i w moją przyszłość, ponieważ ku przyszłości chwila ta jest pochylona, do przyszłości dążę, i jeżelibym mógł utrwalić tę niepodzielną teraźniejszość, ten nieskończenie mały element krzywej czasu, to wskazywałby on kierunek przyszłości. Trzeba zate...
Sklep: skupszop.pl
Cena:
4.01
PLN
Przejdź do sklepu